O dwóch takich, co Żelazko pokazywali

Posted on Posted in Teksty subiektywne

  

   Od lat powtarzam dzwoniącym, że sprzedawane przeze mnie samochody pokazuję tylko u siebie. Nie jeżdżę w miejsca wskazane przez „zainteresowanych zakupem”. Dawno, dawno temu podjechałem do klienta do domu (wtedy byłem jeszcze głupszy niż teraz). Na miejscu okazało się, że biorę udział w kastingu podobnych do mnie idiotów. Na przesłuchanie przybyły jeszcze dwa samochody, które stary cwaniak sobie „ustawił”, żeby się z domu nie ruszać. Nie lubię konkursów ofert, więc zwiałem bez pokazywania auta. Jak już wspomniałem – to było dawno i ostatni raz (no, prawie).

Oczywiście, jeśli kupujemy samochód, zawsze dojeżdżamy gratis do klienta. Ale to taka mała różnica.

Ostatnio jakaś tajemnicza energia nakazała nam robić rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili za nic w świecie.

Pewnego paskudnego  dnia, zadzwonił paskudny telefon. Gdyby nie odebrać tej rozmowy

– dzień byłby fajniejszy,

– byłbym bogatszy o 50 złotych wpakowane w paliwo i co najmniej 100 złotych przepłaconych mechanikowi za ekspresową usługę (auto było w trakcie naprawy i mocno przycisnąłem w warsztacie, żeby je zrobili poza kolejnością)

– trzy godziny życia mógłbym spędzić na mazaniu pędzelkiem odprysków lakieru, co bardzo uspokaja,

– nie czułbym się jak frajer (a to głupie uczucie)

    Wracając do sprawy, zadzwonił jakiś gość, że ma Punto do sprzedania, a sam szuka Megane II 1,6 16V. Po prostu idealnie, ponieważ my chcieliśmy Punto (taki los..), a mieliśmy do sprzedania Megane II 1,6 16V. Umówiliśmy się więc, że podjedziemy do niego renówką (około 30 kilometrów od nas), odkupimy Punto, a on poogląda i (być może) kupi nasze wspaniałe Renault. 

   Nasz pech – Reno, jak na francuską konstrukcję przystało, zrobiło nam psikusa i raz na jakiś czas (czego nie było nigdy wcześniej) przy odpalaniu zaterkotało na kole zmiennych faz. Żelazko się zbuntowało, czyli pewnym stało się już na początku, że porażka zaliczona…

   Dojechaliśmy na miejsce, wjechaliśmy do ogrodu i natychmiast obskoczyła nas chmara szwagrów i teściów, komentujących bez oglądania, że „oni za pińcet ojro lepsze z Niemiec przywiozom”.

   Nasz pierwszy rzut oka na Punto wystarczył, by nie robić już drugiego rzutu. Auto nieładne, stan agonalny. Została więc nadzieja (często nazywana matką ,,. takich jak my), że uda się nam zamienić produkt żabojadzki na walutę polską.

 

Dwie godziny później…

(droga powrotna, dwóch handlarzy rozmawia jadąc do domu)

– Przecież ci kur*a mówiłem! Po co się zgadzałeś na sprawdzenie u drugiego mechanika? Trzy godziny życia! Po ch*j było tam jechać?! Auto za 9 tysięcy, może jeszcze do fabryki Reno pojedziesz je przetestować z kimś?!

– No cholera, byłem pewien, że jak drugi mechanik potwierdzi, że silnik poci się z plastikowej zaślepki wałka i że to parę złotych, to gość auto weźmie.

– No i potwierdził, że tak jest i co?! Mówiłem, żeby po pierwszym sprawdzaniu pojechać już do domu?! To na mnie z ryjem wyskoczyłeś, że z taką miną tatara w barze na Centralnym powinienem za komuny sprzedawać!

– Zwracam honor… trzeba było po pierwszym mechaniku pojechać w cholerę… 

I dalej już w milczeniu dojechaliśmy do domów.

 

   Nigdy więcej!

   Najpierw diagnosta potwierdził bardzo dobry stan samochodu, zgłaszając jedynie wątpliwości do drobnego wycieku oleju na głowicy i „zastanych” tarcz hamulcowych. Zlokalizował wyciek spod plastikowej zaślepki, ale na sto procent polecił sprawdzić to u mechanika. Ja na swoje oko zauważyłem pocenie się właśnie tam, więc ochoczo, wbrew koledze handlarzowi, zgodziłem się na weryfikację usterki w innym warsztacie (je*iąc kolegę przy okazji na stronie, za nieprzyjazną minę i złe podejście do klienta). „Zainteresowany zakupem” zapewnił, że martwi go tylko ten wyciek i gdyby okazał się drobnostką, to weźmie auto. „Zainteresowany” wiedział też (przed naszym przyjazdem poinformowałem go w rozmowie telefonicznej), że sprzęgło jest OK, ale łapie dosyć wysoko i słyszał „terkotanie”, o którym wspomniałem na początku tekstu.

   U mechanika potwierdzono ogólny dobry stan Megane, potwierdzono też, że wyciek nie jest problemem. Jeśli chodzi o terkotanie, pojawiło się ono tylko raz, w ogrodzie klienta. Mechanicy stwierdzili, że prawdopodobnie było to koło zmiennych faz, czyli przy (jakby nie patrzeć) obowiązkowej wymianie rozrządu można będzie je zmienić również.

   Po dwugodzinnym sprawdzaniu w dwóch warsztatach, po długim targowaniu ceny i obniżeniu jej tak, by uwzględniała pokrycie znacznej części napraw tego dwunastoletniego auta, „klient” stwierdził, że … się jeszcze zastanowi.

   I na tym się skończyło. Megane już NIGDY nie zaterkotało przy zapalaniu 😉

A my wchodzimy w Amłeja, Termomiksa, odkurzacze i zestawy szmatek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.