Teksty subiektywne

Yaris plujący olejem w Johna Wayne’a

  

 

   To miało być króciutkie, ale nie wyszło. Jak już przebrniecie przez wstęp i rozwinięcie, to w zakończeniu jest historyjka z tytułu wpisu. Współczuję…

   Wspomniana m.in. tutaj Micra skazana jest na dłuższe trasy. Najpierw pokonała 1000 km do mnie, następnie musiała przejechać kolejnych 500 do nowego domu. Parę zdań o sprzedaży, bo było miło.
   Kupujący zadzwonił do mnie dosłownie chwilę po ukazaniu się ogłoszenia i wypytał o Nissana. Przesłałem mu link do relacji z podróży, podziękował i na tym kontakt się urwał… na tydzień. Przedwczoraj odezwał się do mnie ponownie i stwierdził, że mimo bardzo dużej odległości przyjedzie do mnie, ponieważ poczytał moje teksty i spróbuje mi zaufać 😉
   Zawsze mam obawy, kiedy ktoś z drugiego końca Polski wybiera się po samochód. W przypadku aut starych i tanich obrzydzam dzwoniącemu auto jak mogę i zniechęcam do przyjazdu, tym razem jednak pomyślałem, że warto spróbować (auto nie było stare, nie było też najtańsze). Zastrzegłem tylko, że najpierw opiszę klientowi samochód z najdrobniejszymi szczegółami przez telefon, by uniknąć rozczarowania na miejscu. Tak też zrobiłem. Łażąc wokół Micry z telefonem, przez 10 minut nudziłem zainteresowanemu do słuchawki, mierzyłem miernikiem, czytałem książki serwisowe, roczniki szyb, szukałem rysek, opisywałem różnicę w odcieniach na drzwiach, błotniku tylnym itp. (jak się później okazało, kilku drobnych rzeczy nie dojrzałem).
   Tak się składa, że auto miało jeszcze w Niemczech lakierowane drzwi kierowcy i tylny błotnik (typowe otarcia przy parkowaniu). Elementy te były lakierowane najprawdopodobniej w ASO, bo tylko tam był Nissan serwisowany, ale biała perła jest na tyle trudnym do dobrania i położenia lakierem, że chcąc uzyskać jednolity odcień, trzeba by lakierować praktycznie cały bok auta. Tego w Niemczech nie zrobiono i te elementy oraz błotnik lakierowany przez mojego specjalistę niestety delikatnie się odcinały od sąsiadujących elementów. W słońcu prawie niewidoczne, w cieniu trochę gorzej. Panowie przyjechali i na starcie  ujrzałem ich zawiedzione miny, jeśli chodzi o te różnice w odcieniu. Co prawda tłumaczyłem telefonicznie, ale może spodziewali się niezauważalnych różnic. To był właściwie jedyny wart wspomnienia minus Micry. Auto oczywiście bezwypadkowe, zadbane i w pełni sprawne mechanicznie. Wspomniany wcześniej mankament był oczywiście powodem do negocjowania ceny, ale bez problemu dogadaliśmy się i auto zmieniło właściciela.
   Miło sprzedaje się samochód, kiedy przychodzą do ciebie klienci chcący go kupić  i darzą cię pewnym zaufaniem, a nie detektywi, pragnący za wszelką cenę udowodnić sobie i tobie, że jakieś kwity znajdą. Nabywca Micry był z człowiekiem, który wiedział czego i gdzie szukać w aucie, bo się na tym znał, a przy tym podejście do zakupu auta używanego miał bardzo zdroworozsądkowe. Fajnie się gada z ludźmi, którzy mają swoje zdanie w danej kwestii, a zarazem nie negują „z automatu” twoich argumentów. Bardzo dobrze będę wspominał tę transakcję i mam nadzieję, że Nissan będzie się świetnie spisywał.

   Teraz mała kwestia prawno- techniczna. Auto sprowadzone, nie rejestrowane w Polsce, a klient ma kilkaset kilometrów do domu. Jak to rozwiązać?

WARIANT NR1 (dawaj kasę i nie daj się złapać)
   Klient po zakupie dostaje lipne tablice (numery z Briefu), miesięczne OC i jedzie do domu. Po drodze zatrzymuje go policja i … raczej już dalej nie jedzie.
W przypadku szkody nie wiem jak podejdzie ubezpieczyciel do np. sprawcy poruszającego się samochodem z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi. Zaryzykowałbym tezę, że może to być furtka dla firmy ubezpieczeniowej, by wyprzeć się odpowiedzialności finansowej w przypadku wyrządzenia jakichś wielkich szkód.

WARIANT NR2 (laweta)
   Tak robię czasem, gdy kupujący mieszka do ok 100km od Żywca. Ładujemy auto na lawetę, wieziemy i parkujemy bezpiecznie pod domem nowego nabywcy, który już na spokojnie rejestruje sobie samochód u siebie. To ma sens, jeśli odległość do przewiezienia nie jest duża.

WARIANT NR3 (rejestracja)
   W przypadku opisanym w dzisiejszym tekście tak właśnie zrobiliśmy. Auto zarejestrowałem na siebie, wykupiłem polisę miesięczną, wystawiłem fakturę  sprzedaży i klient pojechał do domu autem zarejestrowanym w PL. Za około 2-3 tygodnie wyślę mu „twardy dowód” i kartę pojazdu i wtedy przerejestruje on auto na siebie. Da się legalnie wracać autem sprowadzonym, ale wymaga to poświęcenia czasu w urzędzie. Problem powstaje tylko, kiedy transakcja przeprowadzana jest w dzień wolny od pracy…

WARIANT NR4 (marzenie)

   Państwo tworzy rozwiązania umożliwiające legalny powrót zakupionym, sprowadzonym samochodem. Ale to marzenia…

 

 

Miało być kilka zdań, a znowu wypisałem cały milion nudnych słów! Koniec na ten temat. Teraz o tytułowym Yarisie, w skrócie.
   Długi weekend, to czas motoryzacyjnych wycieczek Polaków. Jeździmy, oglądamy auta, których nie chcemy kupić, bo
a) nie jesteśmy „na kupnie” auta wcale
b) nie mamy pieniędzy, ale może sprzedający zejdzie 50% z ceny
c) nie wiemy, co zrobić z wolnym czasem i pragniemy go zagospodarować sobie i sprzedającym, którzy z całą pewnością też się nudzą
d) i tak znajdziemy „haka” na sprzedawane i sprzedającego.
i tak mogę wymieniać bez końca…

   Było ich trzech. Przybyli srebrnym rumakiem TDI z czerwonym DI na zadku. John Wayne w brudnych jeansach, Lucky Luke i Clint Eastwood na emeryturze. Tak wyglądali, sorry. Luke był tym niby zainteresowanym, Clint był po to, żeby ich było trzech, a Wayne był po to żeby mnie wkur#ić…
   Pełnoletnia Toyota Yaris 1,0 z klimą (nie do nabicia – całkiem sprawną), bez korozji (niespotykane – progi i podłoga fabryczne, w idealnym stanie, w Japońskim aucie). Wszystko było fajnie, do momentu odpalenia silnika (nawiasem mówiąc pracującego idealnie).
John był takim agresorem, co to szuka zwady, Lucky patrzył z nadzieją, że może to ten egzemplarz, Eastwood patrzył w niebo, w ziemię, nie w auto.
   Luke zaczął gazować auto na postoju, czym od razu zaskarbił sobie moją wielką „sympatię”. Z rury wydechowej kapnęła zabarwiona na czarno kropla wody, po niej następna (skroplona para w takich warunkach pogodowych i przy niewygrzanym wydechu, to norma).
– Patrz jak pluje silnik olejem z wydechu! – krzyknął rozradowany spec w brudnych jeansach.
– To woda, nie olej. W takim silniku nie ma technicznej możliwości, żeby olej lał się z wydechu – stwierdzam spokojnie.
– Co mi będzie pan pier#olił! To olej! – skoczył do mnie wnerwiony rewolwerowiec.
W międzyczasie tłumik się zagrzał podczas gazowania i pokazała się minimalna ilość pary wodnej. To wystarczyło dla kowboja
– Patrz teraz lepiej chłopie! Co, dalej będziesz gadał bzdury?! Patrz jak to dymi! – burknął mi chamsko.

To wystarczyło. Niestety przyznaję, że przegrałem sam ze sobą. Stwierdziłem, że na kretyńskie argumenty, ja nie posiadam kontrkretyńskich argumentów i poprosiłem panów, żeby pojechali sobie gdzie indziej oglądać jeszcze samochody i dalej szukali „nieplującego” olejem z nieparującego wydechu, a mi nie zabierali już czasu. Grzecznie poprosiłem o opuszczenie terenu, ponieważ mój czas przeznaczony dla nich właśnie upłynął.

   Taka mała różnica w klasie i poziomie klienta. Jeden jedzie 500 kilometrów, jest miło, kulturalnie i sprzedaż odbywa się tak, jak powinna, a przyjedzie inny, wymyśli sobie z dupy usterki i wręcz skacze ci do gardła z oskarżeniem typu „ta srebrna Toyota, to zielone Uno”.  😉
 

 

9 thoughts on “Yaris plujący olejem w Johna Wayne’a

  1. Skoro piszesz ze auto malowane: TYPOWE OTARCIE, oraz NAJPRAWDOPODOBNIEJ W ASO, jaka masz pewność że nie brało udziału w wypadku,może są zmienione drzwi i poszycie błotnika oraz polakierowane, skoro właściciela na oczy nie widziałeś? Dlaczego to zawsze jest otarcie, wgniotka parkingowa czy inna rysa przy obieraniu ziemniaków, a nie wypadek stłuczka?

  2. Trochę to naciągane i wróżenie z fusów, doskonale wiesz że auto można naprawić tak że po 20 latach patrzenia na te graty nie poznasz gdzie było naprawiane. Tylko to jest irytujące w tych wpisach, opisywanie jako BEZYWPADKOWE, wiem że byś nie sprzedał nie pisząc tego, wiem również że w DE nie kupiłbyś żeby zarobić auta w idealnym stanie lakierniczym i blacharsko/lakierniczym. Rozumiem kiedy kupisz w oryginalnym lakierze z wgniotka czy rdza i robisz to po czym opisujesz że auto bezwypadkowe . W takim jednak przypadku nie.

    1. Nie do końca rozumiem, o co chodzi, ale w kilku zdaniach coś wytłumaczę, bo bez sensu wałkować to samo. Pan ma swój świat i swoje zdanie, ja mam swoje. Nie każę u mnie kupować – są tysiące salonów autoryzowanych, gdzie z całą pewnością są tylko auta nielakierowane, bez żadnych szkód, nawet jeśli używane. A jak ptak osrał dach i zeżarło lakier, to już są one traktowane jako powypadkowe! Pracowałem kiedyś w jednym z takich i wiem, jak tam się pięknie takich jak Pan robi w ch#ja. Ale tam sprzedawca budzi zaufanie. Widocznie u mnie są same rozpier#oleńce z ładnym opisem, ale kupuje je kto inny, nie Pan. Reklamacje, to drobny promil całej sprzedaży (i są one rozpatrywane ekspresowo i lepiej niż w niejednym ASO), a wielu ludzi wraca do mnie po kolejne samochody. Ja (tutaj również użyje Caps Lock) nie mam ŻADNEGO ZAMIARU UWAŻAĆ ZA POWYPADKOWE AUTA, KTÓRE WYPADKU NIE MIAŁY. I nie będę znowu posługiwał się definicjami bezwypadkowości. Wiem jakie auta sprzedawane są w różnych komisach, wiem jakie auta sprzedają BŁOGOSŁAWIENI PRYWATNI, wiem jakie auta mam ja, bo (jak już wcześniej pisałem) się na tym znam i proszę mnie nie uczyć sprzedaży. Jeśli kupi Pan u mnie auto powypadkowe z przeświadczeniem, że było bezwypadkowe – będzie Pan mógł trąbić wszem i wobec, że Pana oszukałem, żądać zwrotu kasy, podawać do sądu, iść do TVN, pisać do Olszańskiego, Jaworowicz i Fundacji Praw Człowieka. Można też po prostu się przestać katować i nie czytać moich tekstów. Ja tak mam np. z Gazetą Wyborczą. Nie jestem masochistą- nie czytam.

      1. 100% racji. niemniej kretynom nie wytlumaczysz. Najbardziej bawi mnie jak ci prywatni sprzedawcy i zeruja na naiwnosci ludzi…nie ponoszac przy tym, wp przeciwienstwie do komisow, ZADNEJ odpowiedzialnosci. Do pary nalezy dolaczyc ASO- zerujace pijawki, oszusci w gajerkach. Ale Krzysiu bedzie zadowolony

    2. nie gadaj glupot jak John Wayne. jak nie masz pojecia to nie wrzucaj wszystkich do jednego worka. kazdy srednio rozgarniety handlarz czy mechanik wylapie grozniejsza kolizje.

  3. Trocbe Krzysia rozumiem bo owszem sa takie skladane z wiata autobusowa bo nie szlo oddzielic auta od wiaty i tez moga byc one bezwypadkowe. Mimo to nie popadajmy w skrajnosci nie kazde auto jest rozbitkiem, topielcem czy tez spalencem.
    Troche wiary nie zaszkodzi. A wiare w dobre intencje sprzedawcy zawsze mozna sprawdzic. Jak dobrze to inna sprawa.

Pozostaw odpowiedź Dawid Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.