Teksty subiektywne

Grande Punto i inwazja kosmitów

Dzisiaj brzydka pogoda, leje od kilku godzin, więc postanowiłem zalogować się na bloga i coś napisać (teraz jest sobota, ale obawiam się, że kończył będę w niedzielę, albo nawet w poniedziałek).

foto: salon24.pl

 

A’propos deszczu – właśnie wygoniłem wodę z Polo 2007, raczej na stałe. Walka z wlewającą się deszczówką trwała dosyć długo. Pierwszym podejrzanym był, a jakże, szyberdach (to taka fajna wersja z welurem, klimatronikiem, szyberdachem, wodą pod nogami i … mocarnym 1,2 12V).
Odpływ lewy został udrożniony, w prawy dmuchałem i nie było oporu. I miało być fajnie, ale okazało się, że po prawej stronie samochodu można spokojnie założyć hodowlę karpi na święta. Kolejny podejrzany (a raczej podejrzana) – szyba czołowa. Ewidentnie była ona kiedyś źle wklejona, ponieważ w prawym dolnym rogu, po naciśnięciu, ruszała się. Wezwałem specjalistę od szyb. Wyciął, wkleił tak, jak być powinno i … lipa.
Streszczając tę fascynującą, zapierającą dech w piersiach historię – po rozkręceniu koła, nadkola, plastików, osłony podszybia, wyciągnięciu tłoków, alternatora i nabiciu klimy, wyszło, że … prawy odpływ wydawał się być drożny, ponieważ wąż plastikowy wypadł przy ścianie grodziowej z zapchanego gumowego spustu i sikał deszczówką prosto pod deskę rozdzielczą. Połamałem ręce, ale NAPRAWIŁEM!

 

Teraz do rzeczy – mam ostatnio jakieś pięć, albo sześć Fiatów Grande Punto. Tak mnie naszło i niedawno znowu kupowałem wszystko, co się rusza, jest ładne i GP się nazywa. Posiadam niebieskiego, dwa srebrne, szarego, białego i może jeszcze jakiegoś. Wystawione mam obecnie dwie sztuki – niebieskiego z 2007 roku (125kkm, lakier oryginał, parę drobnych rysek) i srebrnego z 2009 roku (102kkm, śliczny, jedna kropka, o średnicy kilku milimetrów zaprawiona pędzelkiem na tylnej klapie, dzióbek błotnika MINIMALNIE podgięty, do wyciągnięcia metodą PDR).

Specjalnie na tę okazję wybudowałem lądowisko dla statków kosmicznych. Zlatują się więc dziwadła z innych galaktyk i dewastują moje poczucie sensu istnienia świata i handlu używanymi autami (nie dam się im).

Opiszę tylko cztery spotkania trzeciego stopnia. Tyle wystarczy. Dodam, że inwazja miała miejsce dzień po dniu.

Pierwsi wysłannicy ciemności przybyli w niedzielne popołudnie. Ich czarny Passat B6 i czarne BMW X3 po wylądowaniu niewyobrażalnie podniosły prestiż i wartość mojego śmietniska. Od tamtego dnia sąsiedzi zaczęli mi się kłaniać w pas, ich psy nie obsikują już opon w moich autach.
Sześciu posępnych przedstawicieli Zakonu Rycerzy Ren i dwie niewiasty, wyszło ze swych czarnych rydwanów majętności i … zaczęło się.
Najbardziej napastliwy był pilot-senior pojazdu X3. Niewiele brakło, a zwymiotowałby na widok niebieskiego Grande. Coś mi pyskował, że to auto ma ryski, dużo rysek! Jego X3 nie ma, a Punto ma! Amen, koniec oglądania. Brygada udała się w stronę srebrnego Fiata. Każdy z nich zatrzymał się przy odprysku na tylnej klapie i dotknął go palcem nie cofając ręki przez kilka sekund. Chcieli to jakoś wyleczyć, ale przejście przez ziemską atmosferę osłabiło ich moce. Nie dali więc rady. Gdy wszyscy dotknęli rany Fiata i zdali sobie sprawę, że jest nieuleczalna, jak na komendę odwrócili się, podziękowali i odlecieli do swoich ciemnych pałaców na zasłużony podwieczorek, po niedzielnym rosole, kotlecie i zawracaniu dupy handlarzom.

 

 

Kolejny wędrowiec galaktyczny – przez telefon mówił, że nie ma kasy, pytał czy wezmę w rozliczeniu jego A4 B6 po gradobiciu, czy załatwiam kredyty itp. Przybył lądownikiem B6 mocno naruszonym przez deszcz meteorytów. W jego szrocie nie przeszkadzały mu „wgniotki”, ale za to, kiedy zobaczył ryski i wgnitkę na progu niebieskiego GP, to tak spier#alał, że mu pompowtryski nie nadążały podawać do cylindra.

 

Po wizycie tegoż wędrowca postanowiłem poświęcić trochę czasu i Menzerny, by przywrócić smutnemu samochodzikowi dawny blask. Wypolerowałem ładnie nadwozie i je nawoskowałem. Zajęło mi to jakieś trzy godziny, a efekt był bardzo zadowalający. Fiat stał się błyszczący, bezryskowy, ładny jak na zdjęciach.

Kolejni przybysze – księżniczka Sylwia z ojcem.  Szare Evo króla, zaparkowane w pobliżu moich Punt pogardliwie, z wyższością zagadało do placowego Punto 2012, a tata z księżniczką Sylwią (cierpiącą na „alergię na ryski”) podeszli do niebieskiego.

Pierwsze stwierdzenie eksperta z gwiazdozbioru EVO2010 brzmiało jakoś tak: „ale to odpicowane z zewnątrz”. Pomyślałem: „no kur#a rysek nie znaleźli przy pierwszym kontakcie, to ciekawe do czego się dowalą?”

Nie trzeba było długo czekać. Step 2 – interior.

Sylwia po wejściu do środka od razu zrobiła minę, jakby tyłkiem na gówno siadła. Po chwili zaczęła puchnąć i z trudnością łapać oddech, a na jej ciele pojawiło się milion alergicznych, swędzących bąbli. Pełnym obrzydzenia głosem, resztką sił wycharczała, że ryski na schowku, wypalona papierosem dziurka (o średnicy papierosa) w fotelu, to coś, co może ją zabić. Po natychmiastowym wstrzyknięciu adrenaliny przez przygotowanego na wszystko ojca i ustabilizowaniu stanu niewiasty, ta z ulgą wygramoliła się z niebieskiej nory, epicentrum ryskowej zarazy. Tata zaczął ją wachlować.

Wycofując się, jeszcze jakby dla potwierdzenia swej decyzji, ojciec wskazując na pęknięty ze starości plastik w podstawie anteny radiowej, centymetrowe zagniecenie przy progu oraz maleńkie, PRAWIE NIEWIDOCZNE wgniecenie na drzwiach (takie, jakby ktoś mocniej docisnął palcem i inaczej załamywało się w tym miejscu światło) szepnął do córki: „patrz Sylwia na to – to też by cię na pewno denerwowało.”

Ze wstrętem spier*oli do swojego Evo i tyle ich widzieli…

To była najbardziej widoczna z wad auta, reszty nie da się ująć na zdjęciu

 

 

 

Jedno, co ojciec znalazł (i oczywiście odpowiednio skwitował), a czego ja nie widziałem – ktoś za granicą urwał mocowanie osłony termicznej wydechu i podwiązał je drutem. Fakt, nie wyglądało ładnie, ale to była (w moich kryteriach) JEDYNA rzecz do jakiej można się było doczepić przy tym dwunastoletnim aucie za 12500 zł.

 

Ostatni przypadek – diagnosta SKP w czapeczce, okularkach-najsztubkach,  i jego żona –  NIEklienci na srebrne GP z 2009. Auto bez zarzutu – ładne z każdej strony, nawet (co stwierdził sam „diagnosta”) zawieszenie bez korozji. Żonie się bardzo podobało, chciała dogadywać cenę i brać. Mąż ją z#ebał z góry na dół, że z decyzją muszą się PRZESPAĆ, bo do tego auta trzeba „dołożyć kupę kasy, żeby było dobre”. Dotykając wspomnianego wcześniej kilkumilimetrowego odprysku stwierdził, że „TU ZARAZ BĘDZIE DZIURA”. Kurwa! Takiego debilizmu dawno nie widziałem.

Tam zaraz będzie dziura!

 

Po ucieczce każdych z opisanych kosmitów odreagowywałem długim śmiechem, bo nie ma sensu się denerwować. Przypadek niebieskiego Grande nauczył mnie tylko, że nie ma potrzeby „odrestaurowywać” samochodów, likwidować rysek itp. bo to strata czasu, a kosmita i tak znajdzie inny problem w aucie. W ten sposób ja zlikwiduję kolejną „usterkę”, przybysze z obcej planety znajdą nową. I tak bez końca. Frustrujące? Nie! Zabawne.

Po prostu trzeba czekać na Ziemian.

P.S. Dzisiaj zapowiedział się kolejny ktoś. Zobaczymy…

5 thoughts on “Grande Punto i inwazja kosmitów

  1. Heeeeh, to ja Mondeo mk4 będę sprzedawał wieki… Diesel z 256000 km (i do tego ten rzekomo ujowu 1.8 TDCi) , ledwo widoczne wgniotki tu i tam… Rysa na zderzaku… Po kupnie miniwana, duże Mondeo nie jest mi potrzebny, przytuliłbym srebrną Kropkę. Ja nie mam tyle cierpliwości i chyba będę jeździł Mondeo aż mu podłoga odpadnie.

  2. Dlatego nie sprzedaję pojazdów. Po prostu kurwica mie bierze i nic na to nie poradzę. A na ryskomaniaków to patrzeć nie mogę. Panie Dominiku, cierpliwości i proszę o wpisy. Dużo wpisów, bo tematów pewnie jest sporo w tym zawodzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.