Teksty subiektywne

Doba z życia „importera” – sępy. Część 1

   

 

 

   Nie jeżdżę do Niemiec co tydzień, traktuję to raczej jako wzbogacenie oferty z rynku rodzimego. U nas czasem są takie tygodnie, że nie da się nic ciekawego znaleźć. Jadę wtedy „w poszukiwaniu szczęścia” na Zachód. Ktoś powie, żem głupi, bo chce mi się włóczyć, tracić życie i się męczyć. Inni powiedzą, że handlarz, to nic nie robi i jeszcze sobie marże nie wiadomo jak wielkie „dowala” do samochodów. Ktoś inny, że wszystkie auta z Niemiec to spawane z dwóch szroty i cofane liczniki. Jak to wygląda? To, co ja opiszę nie jest regułą, nie dotyczy wszystkich aut i wszystkich handlarzy, choć w tle przewijają się przeróżne sylwetki. Prawie każdy ma ksywę, choć to oczywiście nie bandyci, a handlarze od lat wożący auta ze śmietników niemieckich, do „wszystkoprzyjmującej” Polski. 

   Wyjazd około godziny 17. Środek transportu – stary LT 2,5 TDi z ławką z tyłu (doka) i przyczepą-lawetą. Bierze na siebie dwa auta. Sprzęt delikatnie dziurawy, ale w trakcie „odrestaurowywania”, bo mechanicznie jest nie do zdarcia. Ostatnio było trochę groźnie – objechał 2 tys.km. na mocno cieknącym silniku. Nie było jak tego zrobić w trasie, był strach przed BAG. Gdyby złapali, kazaliby za karę w odblaskowych kamizelkach zbierać papierki przy „czwórce”. Dożywotnio.
   Startować trzeba najpóźniej o 17-tej, by na miejsce dojechać przed 5. rano. Po osiągnięciu celu zostaje około 2,5 godziny na sen. Normalna prędkość podróżna to 90, maksymalnie 100 km/h. Po przekroczeniu tejże, następuje zakrzywienie czasoprzestrzeni, a uderzenie fali dźwiękowej rozrywa bębenki. Nikt o zdrowych zmysłach nie przekracza tą maszyną 100 km/h, więc droga się bardzo dłuży.

   Najpierw jedzie kolega, ja siedzę obok i nie jestem wstanie zasnąć, co wpływa na późniejsze zmęczenie. Około godziny 23. przekraczamy granicę, a troszkę po północy zamienimy się miejscami. Ja jadę już do końca, on śpi, wyłożony na tylnej ławce. To oczywiście zabronione, więc w razie kontroli mam go budzić, a on ekspresowo musi przestawić się w tryb snu „na siedząco”.
   Jak już wcześniej wspomniałem, nie dam rady zasnąć, gdy ktoś inny prowadzi, więc około 3. nad ranem czuję się już zmęczony. Kiedy zdarzy mi się czasem z górki osiągnąć trochę ponad limit  100 km/h, hałas i wibracje budzą śpiącego i od razu słyszę dobiegający z tyłu zaspany głos: „szybciej kur*a! Niech się ten złom rozleci, będziemy na nogach szli matole!”
   W aucie gra tylko jeden głośnik, więc o słuchaniu muzyki można zapomnieć (poza tym kolega, który prowadził od początku, śpi na tylnej „kanapie” i nie wypada przeszkadzać… Na szczęście nie ma już opłat za transmisję danych, więc około 4. zakładam słuchawki i słucham na max, czego się da. Ostatnio mam „na tapecie” Kazika i Kwartet Proforma, Mjut, dwie piosenki żywieckiego zespołu Sonbird (bo chyba tyle nagrali 🙂 ) i jakieś inne pierdoły. Nie dam rady słuchać Sławomira. Muzyka pozwala mi przetrwać ostatnią godzinę bez zaśnięcia. Najgorzej jest przeżyć  ostatnie 15 kilometrów (ach, ta starość, kiedyś się jeździło nocami…).

 

 

   Parę minut przed 5. parkuję pod pierwszym placem, który otwierają około 8. Wyjeżdżając z Polski zarezerwowałem sobie w tej firmie, u jednego ze sprzedawców Chevroleta 3,2 V6 i obiecałem, że z samego rana obejrzę i zdecyduję, czy biorę. Ale o tym kiedy indziej, bo najpierw tysiąc dygresji.
   Około godziny 7. budzę się zmięty i zmęczony jeszcze bardziej niż dwie godziny temu. Otwieram oczy i widzę krążące już wokół zamkniętego placu sępy z Polski. Są też jacyś Rumuni i Litwini. Z jednej z lawet na polskich tablicach wyskakuje Żyła – gość który zaopatruje wielu śląskich i małopolskich handlarzy w okazje z Rzeszy. Siedzi na miejscu kilka dni i wyszarpuje, co tylko się da. Typ jest dla mnie bardzo zabawny, a w duecie z Plastusiem, jeżdżącym z nim czasem i goniącym wokół niego jak Tołdi wokół Iktorna, ubaw jest gwarantowany.
   Jak to z nimi jest? Otóż Żyła wbija się pierwszy na plac i biegnie do biura zbierać kluczyki od wszystkich świeżo dowiezionych aut. Taka rezerwacja „na chama”. Potem wybiera sobie, co mu się podoba i rzuca reszcie ochłapy.
   Jeśli mowa o nim, to ma jeszcze kilka ciekawych cech. Potrafi m.in. podbić cenę zaoferowaną przez swojego znajomego. Przykład – jego kolega dobił targu na jednym z placów. Golf został „klepnięty” za 3 tys. eur. Wjeżdża na plac Żyła, widzi Volkswagena i proponuje 3,5 tys! Niemiecka kanalia sprzedaje temu, kto dał więcej, przegrany odchodzi ze spuszczoną głową. Kurtyna opada…  🙂
   Najlepszym przykładem nurkowania w gównie za złotówką (czy euro, jak ktoś woli) jest plac Von Bombke. Bombke zwozi w ciągu dnia przeróżne okazje, „petardy” itp. Gdy tylko wjeżdża czerwona laweta Hansa, w jej stronę pędzi tłum kretynów z państw dawnego bloku wschodniego, a także opalonych „byznesmenów” znad Bosforu. Mrówy z chciwie świecącymi oczami obłażą smutne, wciągnięte na lawety zwłoki, zaglądają we wnętrzności i czekają na wycenę. Scena przypomina pod wieloma względami tę, opisywaną kiedyś TUTAJ, na starym blogu.
   Po skompletowaniu papierów, wychodzi do oczekujących pracownik i patrząc z pogardą na tę bandę zaczyna licytację. Udział w tym przedstawieniu, to jakiś bliżej nieokreślony akt desperacji. Mrówy się tłuką, przekrzykują i finalnie, za rozbitego trupa ktoś płaci taką kwotę, że choćby nie wiem co robił, nie ma prawa na tym zarobić. Z drugiej strony – to są później te samochody, w których wszystko jest poklejone, pospawane, polutowane i skręcone milionem blachowkrętów. Budżet nie puszcza na kupno nawet używanych części, więc lepi się to, co zostało. Z takiego lepienia słynie właśnie Plastuś – gość, który kilka lat temu sprowadził Toyotę własnej siostrze, czy kuzynce. Zdjął tam z licznika jakieś 150 tys.km. Baba jeździ do dziś, nic nie wie i sobie chwali.
   Jak bardzo niemieccy handlarze szanują swoich klientów? Bezzębny Turek przelicytował nieuderzoną, miarę młodą Agilę. Musiał dużo za nią dać. Wcześniej nie było możliwości sprawdzenia auta, bo pozostałe sępy nie pozwalały się przejechać. Turek wygrał i poszedł sprawdzić, co kupił. O, jakaż była wściekłość i panika na tej tępej gębie, kiedy zorientował się, że w aucie nie istnieje już skrzynia biegów! Jeździł w kółko po placu, załamany, może myśląc, że się to jakoś „rozchodzi”. W samochodzie trzaskały tryby i łożyska, a ci, którzy przed chwilą syfa sprzedali, śmiali się mu w twarz. Kebab ze zwycięzcy, w kilka sekund stał się pośmiewiskiem pracowników Von Bombke i pozostałych sępów.
   W żadnych licytacjach nie biorę udziału. To uwłacza ludzkiej godności. Aut jest dosyć i nie zamierzam się o nic bić. Swoją drogą, nie wyobrażam sobie sytuacji, że sprzedaję komuś złom, klient płaci, a ja zaczynam śmiać się mu w twarz… 

P.S. Wszystkie sępy, to stali klienci, kupujący praktycznie wszystko, co Bombke sprzedaje. Szacunek? Choć może to stado szczekających psów na szacunek nie zasługuje? Nie wiem…

 

ciąg dalszy nastąpi

 

 

 

 

4 thoughts on “Doba z życia „importera” – sępy. Część 1

  1. Nareszcie soczysty wpis, jak za dawnych czasów, gdy odkryłem Twojego bloga. Proszę, podążaj dalej tą drogą!!!

  2. My ze szwagrem podobnie jeździmy, zaklepane fury telefonicznie na mobile często od prywatnego właściciela praktycznie zawsze z jakimś defektem, obcierka, padnięty silnik czy skrzynia. Inaczej ciężko już coś trafić w pieniądzach żeby jeszcze na tym zarobić jeśli się nie chce cofać szafy i prać krwi niemca z tapicerki. jestem z lubelskiego to na powrocie jeszcze trzeba doliczyć 2 godziny na kupno tony chemii niemieckiej z marketu żeby zadowolić rodzinę i znajomych po powrocie

  3. U mnie w pracy jest człowiek sprowadzający auta z zachodu. Już nie z Niemiec, bo tu już panie, nic nie zostało ale teraz bardziej wypasione, lepsze i bardziej zadbane zwozi z Belgii.
    Znając jego, jego sposób wyrażania, zachowanie i czasem widząc to co sprzedaje dokładnie tak jak opisujesz wyobrażałem sobie te jego wypady po okazje.

  4. Normalny człowiek z językiem niemieckim nie jeździ jak idiota przepłacając jakimś brudasom, tylko kupuje na aukcjach b2b (nie, nie Auto1 na które psioczy każdy rodak nie umiejący znaleźć nic poza tym śmietnikiem) bądź znajduje sobie fajnego sprzedawcę na salonie który wysyła mu to co przyszło w rozliczeniu. To jest jakieś Max 5 proc handlarzy, reszta nabija kasę Turkom którzy nawet fajki z pyska nie wyciągną licząc ich pieniądze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.