Teksty subiektywne

Klima bezpaskowa, czyli uczciwy Kebab i inne perypetie „importera”. Część 2

 

 

 

   – Auto ładne, Tofas mówi, że wszystko działa. U tego Turka możesz brać. Jest w porządku. Uczciwy, nie sprzeda ci dziadostwa. Jedyny Turek, u którego można coś kupić – przekonywał mnie tydzień wcześniej kolega (bardzo oblatany w realiach handlowych tamtego regionu), wpłacając za mnie zadatek na Toyotę.
Nie oglądał jej, bo nie miał czasu, kupował „na gębę”, słuchając zapewnień sprzedawcy. Jako, że Turek podobno taki wspaniały, to kazałem mu brać w ciemno.
   Auto nie było tanie –  marginesu na większe naprawy brak. Musieliśmy wykupić tablice, by mieć bardziej poręczny środek transportu na objazd placów i tym sprzętem miałem wracać „na kołach” do Polski. Obejrzałem na szybko nowy nabytek (to znaczy, obszedłem go raz dookoła). Wydawał się nawet ładny – oryginalny lakier, parę rysek, odstający jakieś 5 milimetrów narożnik tylnego zderzaka („zderzak tylny wymaga NATYCHMIASTOWEJ wymiany” – wyburczy mi za tydzień jakiś oglądający auto kretyn). Na zagłębianie się w szczegóły nie było czasu, bo trzeba się spieszyć na „zulassung”, czyli zarejestrować  samochód w tamtejszym urzędzie. Dla narzekających na kolejki w naszych wydziałach komunikacji  – w motoryzacyjnym raj(ch)u też bierze się numerek, też czeka się czasem kilka godzin.

   Po otrzymaniu upragnionych żółtych tablic można było pognać z powrotem na plac opalonego sprzedawcy i spokojnie przyjrzeć się tej świeżo kupionej „perełce”. Po odpaleniu silnika i wciśnięciu przycisku klimatyzacji moja mina musiała być niezbyt zabawna, bo zdałem sobie sprawę, że czeka mnie powrót w upale, z otwartymi na max szybami (a nasz zasrany arkadaş już spierniczył ze swojego składu złomu, więc nie było na kogo nawet mordy wydrzeć).
   Minę jak bezzębny nabywca Agili z poprzedniego wpisu musiałem dopiero mieć w chwili, kiedy po otwarciu  maski zobaczyłem wykonaną tam z niemiecką precyzją robotę – otóż pasek wielorowkowy, napędzający osprzęt ( w tym sprężarkę klimy) został zamieniony na krótszy i założony w taki sposób, by kompresor (jak się później okazało zatarty na śmierć) nie był niczym napędzany. Aby osiągnąć cel – konstruktor – druciarz musiał m.in. wyrzucić dwie rolki napinające. Całość roboty, to styl i poziom naszych rodzimych „byzmesmenów” pchających piankę montażową do dziur w progach. 
   Dopełnieniem szczęścia było dziwnie pracujące sprzęgło, a tysiąc kilometrów przede mną…
   Nie trzeba było jednak tysiąca kilometrów – po ujechaniu kilku zapaliła się na desce choinka wszelkich czekendżinów i kontroli trakcji. Skasowany na szybko przez „uczciwego” sprzedawcę błąd powrócił, by cieszyć me oko przez kolejnych kilkanaście godzin.

A sprzęgło, na którym przejechałem całą trasę, po zdemontowaniu wyglądało tak (patrz filmik)

  

 

My jednak cofnijmy się w czasie do momentu pobudki w kabinie LT.
   Po szybkim rozprostowaniu kości idziemy obejrzeć zarezerwowane auto wolnym, dostojnym krokiem, krokiem ludzi, którzy nie biją się o rzuconą kość. Wchodzimy do biura na owym pierwszym placu i prosimy o kluczyki do Chevroleta. Sprzedawca z obojętną miną informuje, że auto zarezerwował ktoś inny przed nami, a on o tym wczoraj nie wiedział, kiedy obiecywał je nam. Entschuldigung, ale Po SUVa niby jadą, więc możemy sobie go obejrzeć, jak chcemy, ale kupić nie da rady – do 16:00 zablokowany.
   Szkoda czasu, więc przeszliśmy rozglądając się między samochodami wystawionymi tam. Pośmialiśmy się z Żyły goniącego jak poparzony, dźwigającego całe naręcza kluczyków i dopasowującego te klucze do danego auta i pojechaliśmy odebrać wspomnianą wcześniej Toyotę.
   Po założeniu tablic i zapaleniu się check engine udajemy się na objazd wszystkich stałych miejsc oferujących spełnianie marzeń klientów. Czas oczywiście nie jest naszym sprzymierzeńcem, więc nigdzie nie mamy go dosyć dużo, by przedmiot zakupu obejrzeć dokładnie.
   U Niemca biorę pakiet – lekko uszkodzone Picanto z 2012 roku, z małym przebiegiem, w fajnej wersji – z fabrycznym LPG, ze skórą, podgrzewaną kierownicą, PDC itp. oraz Punto FL. Brudne, ale podobno zdrowiuteńkie, tylko motor zlany olejem trochę. Nie ma czasu patrzeć na podłogę, zadatkujemy i spadamy pełni wiary w potencjał pakietu.

   Skoczmy teraz trochę w przyszłość. Akcja ma miejsce jakieś trzy tygodnie później.

Kolega pokazuje Punto FL (po wymianie UPG, bo oczywiście nie spod pokrywy zaworów był wyciek).

   – Spód zdrowiutki, panie, bo to auto z Niemiec, ono soli nie widziało – opowiada schylającemu się właśnie klientowi.

   – Co mi pan pier*olisz, jak to całe zgniłe jest? – spoglądający na podłogę Fiata klient irytuje się.

Sprzedawca niedowierzający, ale z lekka spanikowany kładzie się i świeci latarką na podłogę Punto.

   – No… yyyy… w sumie… to… racja… – przyznaje spalony ze wstydu.
Wiara we wspaniałość aut z zachodu sprawiła, że gdzieś przeoczyliśmy sprawdzenie podwozia w Fiacie 🙂

Jak się później okazało, w Picanto też coś przeoczyliśmy 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

By nie przedłużać zbytni0 – ciąg dalszy nastąpi 😉

One thought on “Klima bezpaskowa, czyli uczciwy Kebab i inne perypetie „importera”. Część 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.