Teksty subiektywne

Jak straciłem na aucie i skąd się biorą okazje

   Każdy sprzedający normalne* używane auta napotyka czasem na pewien problem – skalkulowana cena samochodu ma się nijak do realiów w portalach ogłoszeniowych. Posłużę się przykładem z autopsji – sprowadzony przeze mnie miejski samochód z 2017 roku, z przebiegiem poniżej 10 tys.km. Bardzo bogata wersja wyposażenia (zakup takiego nowego, to grubo ponad 70 tys. zł), bardzo delikatne uszkodzenie (koszt w ASO wszystkich niezbędnych do naprawy części -2700 zł, rozbiórka, lakierowanie i złożenie auta u drogiego lakiernika 1000 zł). Samochód został naprawiony i wystawiony. Na początku całkowity koszt zamknął się w kwocie 42,5 tys. zł. Wszystko wydaje się OK, jak na kilkumiesięczne, świetnie wyposażone, bez przebiegu auto. Ponad 30 tys. zł. różnicy miedzy  salonem, a moim brzmi kusząco. No, to już liczymy zyski… w myślach.

   Początkowo cenę ustaliłem na 47 tys. zł. ale jakież było moje zdziwienie, gdy ogłoszenie wygasło po miesiącu, a ja nie odebrałem ani jednego telefonu. Nic. Nawet maila z jakimś głupim pytaniem nie napisał żaden ufoludek, nie było żadnej propozycji zamiany na esioka z mostem od Ziła itp. Auto zarejestrowałem, by nim jeździć (szkoda, żeby stało i się niszczyło) i obniżyłem mu cenę na 46 tys. Rejestracja i pierwsza rata OC dała mi już wynik nieco ponad 43 tys.zł. Powoli robi się ciasno…

   Tak oto minął kolejny miesiąc, a odzewu brak. Cisza… Sprawdzałem nawet, czy podałem dobry numer, zamieszczając ogłoszenie. Wszystko było OK, tylko ludzie w d*pie mieli mój idealny, super wyposażony, bezwypadkowy samochodzik… Inne samochody się sprzedają  – a moja perełka stoi (a dokładnie jeździ, bo nią pół Europy zjeździłem)

   W kolejnym miesiącu cena poszła jeszcze o tysiąc w dół (już było 45 tys.zł.). Auta używałem sobie prywatnie, kilometry trochę rosły, nikt nie dzwonił, czas leciał. I nadszedł moment, kiedy w celu utrzymania gwarancji wypadało zrobić serwis po 12 miesiącach. Taka przyjemność kosztowała mnie w ASO 850 zł. Jak łatwo policzyć, koszt samochodu idealnego, bezwypadkowego, dobrze wyposażonego wzrósł już prawie do 44 tys.
A telefon milczał…

   W końcu się odezwał. Przyjechali jacyś ludzie z okolicy, posprawdzali sobie w warsztacie auto. Wyszło wszystko idealnie. Bo jak też miało wyjść?
Powiedzieli, że się zastanowią i odezwą, kiedy podejmą decyzję. Za około godzinę zadzwonili. Klient cwaniacko wyrecytował mi do słuchawki, że „takie (auta) są tańsze, bo poniżej 40 już można kupić i jak chcę, to on może być zaraz z kasą, ale daje 41 max.

Normalnie, przy innym samochodzie pewnie bym przełknął ślinę, w myślach wyżyłbym się na człowieku, a w realu po prostu odmówiłbym sprzedaży. W tym przypadku nie pozostało mi nic innego, jak tylko się zgodzić… Traciłem 3 tys. zł, ale odzyskiwałem 41, którymi można dalej obracać… Niestety bywa i tak…
Musiałem się zgodzić, ponieważ w głowie widziałem już kolejne miesiące bez odzewu, za chwilkę przeskakujący rocznik i realną utratę wartości w związku z tym..

   Kiedy klient odjechał po transakcji, sprawdziłem i … tańsze były tylko ewidentne „ulepy” (a i tak wszystkie one były bez wyposażenia).

A teraz mała ciekawostka – skąd się biorą okazje? Ostatnio byłem w DE i widziałem rodaków oglądających samochód uszkodzony.

 

 

Sprawdzali, czy w wiszącym lusterku działa np. kierunkowskaz.
Poniżej zdjęcie tego delikatnie „ryśniętego” Mondeo (rocznik 2017). Auto poszło za około 4500-5000 euro. Co się z nim będzie działo w kolejnych miesiącach? Ja wiem i wszyscy wiedzą…

Za 1000 złotych przedsiębiorczy rodacy kupią sobie taki oto kawałek Forda

Za kolejnych kilka tysięcy dokupią deskę (albo taniej zregenerują tą z auta, po wystrzale airbagów), pasy, używanego macphersona, stary wahacz i trochę blach (może uda się pod kolor, bo popularny flotowy).

Poskładają to do kupy za jakieś 2 tysiące złotych i jak dobrze pójdzie, to całość, wraz z „naprawą” zamknie się im w kwocie 30-35 tys.zł.

   Oj, mamy tutaj zapas na zarobek, nie? Cena 49999 za 2017 rocznik, prawie bez przebiegu? Toż to MEGA OKAZJA JEDYNY TAKI! Dobrze wstawiona ćwiartka jest nie do wykrycia bez rozkręcenia połowy samochodu…

   A potem ty wytłumacz klientowi, że ten inny, tańszy o 10 tysięcy złotych niż twój, to nie jest okazja, tylko finalne dzieło pracy wielu „artystów” – rzeźbiarzy. Wytłumacz, że twoja cena nie wynika z pazerności, tylko z faktu, że sprzedajesz pełnowartościowy produkt… Walka z wiatrakami…

Ja się tylko zawsze zastanawiam, jak to jest, że tego typu „przedsiębiorcom” chce się z takim szrotem (przepraszam za wyrażenie) srać i pier*olić, męczyć i walczyć, żeby to jako tako jechało o własnych siłach. Że się ludziom chce wciskać innych na minę, z pełną premedytacją! Nie uwierzę, że ktokolwiek kupiłby to Mondeo, widząc zdjęcia sprzed naprawy 😉

Niebawem pojawi się pewnie w ogłoszeniach okazja 😉

 

 

 

 

 

 

*takie, które nie przeszły w swej historii procesu dezintegracji spowodowanego natychmiastowym wytraceniem prędkości, nie przeszły podtapiania, zalewania czystą i brudną wodą, podpalania itp.

13 thoughts on “Jak straciłem na aucie i skąd się biorą okazje

        1. Nie wystawiam z jednego, firmowego konta. Najlepiej napisać do mnie maila, lub zadzwonić i określić swoje kryteria. Będę starał się pomóc, jeśli tylko dam radę.

          1. Bo bardzo nie lubię firmowego konta i zasad panujących w otomoto po zmianach cennika sprzed trzech lat. Od tego czasu nie mam konta firmowego (mam, ale nie korzystam).

          2. Proponuję zrobić tutaj zakładkę z autami które macie/ mieliście na sprzedaż. Jeżeli każdy samochód będzie tak fajnie opisany jak piszesz o nich teksty to pójdą same do nowych właścicieli. Dodawanie nowego wpisu jest na blogu jest proste a jak pójdzie to można tylko tekst edytować że egzemplarz już adoptowany 😉

          3. Szwagier szuka e60/61 w pełnym m-pakiecie polift 3.0dA (230-270KM), do kwoty 45tys ze wszystkim…
            Jest szansa kupić prawie nowe auto z segmentu D-E z normalnym silnikiem diesla (musi wytrzymać trasę 700km z prędkościami 140-180) w takiej kwocie w de? Z jakąś obcierką czy małą kolizją. Żeby za dwa – trzy lata je sprzedać i kupić kolejne w trochę wyższym budżecie.

  1. Potrzebowalem kupic autko do wozenia bachorów. Znalazlem sobie prawie-nowe, lekko przytarte Renault Megane, diesel i automat, czyli tak jak chcialem. Sprzedajacy, drobny importer jak p. Dominik, chcial 30k bo rok sie juz bujal z ta fura i chcial choc odzyskac kase. Auto mialo przebiegu 6500 km, zaplacilem za transport, czesci i naprawe 11k. Czyli mam nowa fure za 41k, cena identyczna jak gdy p. Dominik sprzedal Mondeo. Dokladnie polowa ceny nowki, bo ta konfiguracja wychodzila na kalkulatorze dilera 82k. I sam robilem, wiem co bylo uszkodzone.
    Handel samochodami to ciezki kawalek chleba, nie zazdroszcze.

  2. Strach kupować auto w dzisiejszych czasach. Szukam małego auta do miasta, typu aygo, c1, 107 – pierwszej generacji, a też nie jest kolorowo.
    Mam budżet koło 10-12 tysięcy, a na rynku ceny z kosmosu, niektóre przypadki lepione aż „miło”, albo zderzak po „lifcie” a cena o 5 tysiący większa…

  3. a poco w tym mondeo cwiartke wstawiac jak tam podluznica nie ruszona? szyba przednia cala, to bardzo dobre auto do naprawy, tylko fartuch kola, blotnik, drzwi, maska, pas przedni, lampa zderzak, no i wahacz, makperson, drazek kierowniczy i jakies drobiazgi, to tylko wyglada paskudnie a podejzewam ze naprawa prosta i niebardzo inwazyjna i nie wplywajaca na prawidlowosc jazdy, spawalem kiedys koledze duzo bardziej rozbite uno 😉 tzn musialem wyciac jedna strone az do kielicha, zupelnie nie wiem po co on sie uparl zeby to robic, bo tam nawet progow nie bylo, ale sam bylem ciekaw czy dam rade i udalo sie ze wszystko pasowalo 🙂
    zapodaj.net/images/9dfce5d4b7ca8.jpg

Pozostaw odpowiedź Brodaty Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.